POWRÓT

Peter Gabriel - OVO

AKT I

Człowiek, który ukochał ziemię

Dawno, dawno temu, na otulonej mgłą wyspie zwanej Albion mieszkał Theo, który ukochał ziemię.

Jego pola przynosiły najlepsze zbiory i cieszyły oko wielobarwnymi kwiatami, gdyż Theo wiedział, jak troszczyć się o ziemię.

Drzewa rosnące w lesie dały jego rodzinie drewno na dom. Na środku izby Theo zawsze trzymał żołądź, by przypominał im o dobroci drzew.

Jego żona Beth była silną kobietą o wielkiej intuicji. Posiadała też niezwykły dar. Kiedy siadała u krosien, w wyobraźni widziała mające nadejść zdarzenia, które przesuwały się przed jej oczami niczym nić, którą tkała.

Ich syn Ion gorąco pragnął przypodobać się ojcu i cały czas poświęcał na wymyślanie wynalazków, które miały ulepszyć świat.

Jego siostra Sofia była marzycielką i żyła we własnym świecie. Pewnej nocy siedziała nad stawem w lesie i obserwowała odbijające się w jego tafli niebo. Nagle dostrzegła tajemnicze skrzydlate stworzenia, nieboludki, które przyleciały, by zapylić rośliny jej ojca. Nie upłynęło wiele czasu i Sofia zakochała się w psotnym i przystojnym Niebochłopcu.

Theo, zaniepokojony zniknięciami Sofii, poszedł za nią pewnego wieczoru do lasu. Z przerażeniem zauważył, że spotyka się z młodym człowiekiem o niezwykłym wyglądzie. Szybko chwycił kij. Zaatakował najpierw Niebochłopca, a potem jego towarzyszy i przepędził wszystkich z lasu.

Tej zimy myśli o córce i jej niezwykłym znajomym nie dawały Theo spokoju. Postanowił szybko znaleźć jej odpowiedniego męża. Wybrał Sadora, silnego i godnego zaufania mężczyznę, twardo stąpającego po ziemi. Beth jednak powiedziała mężowi, że Sofia jest jego nieodrodną córką - uparta jak on postąpi tak, jak sama zechce.

Nadeszła wiosna, a wraz z nią noc świętojańska. Jakże Sofia pragnęła być ze swoim Niebochłopcem!

Nagle wśród radosnych odgłosów zabawy rozległ się straszliwy grzmot. Niebo rozdarła błyskawica, która podpaliła szopę, gdzie mieszkańcy wioski trzymali wszystkie swoje zapasy i narzędzia.

Theo ruszył na ratunek. Nagle powaliła go spadająca, płonąca belką. Ogień szalał tak straszliwie, że jego rodzina porażona mocą płomieni mogła tylko stać i patrzeć.



AKT II

Wieża, która pochłonęła ludzi

Wszystkich ogarnęło poczucie wielkiej pustki. Mieszkańcy wioski wykopali głęboki dół, by zwrócić Theo łonu ziemi. Wśród rozsypanych grudek Ion zauważył nagle dwie o dziwnych barwach: jedną czarną a drugą czerwoną.

Zabrał obie do swojej jaskini i zaczął przeprowadzać eksperymenty. Czarna płonęła ogniem, jakiego nigdy jeszcze nie oglądał. Czerwona stopiła się i utworzyła bardzo twarda kostkę. Ion uświadomił sobie, że właśnie znalazł idealny materiał, by tworzyć wspaniałe maszyny, o których marzył.

Wrócił do wioski. Udało mu się przekonać wszystkich, że te dwie odkryte przez niego grudki odmienią ich życie i uwolnią od wszystkich nużących i jakże męczących prac. Od teraz wszystko będzie większe, lepsze, szybsze i mocniejsze.

Gdy wokół zaczęły się pojawiać najróżniejsze wynalazki, nikt nie mógł się im wydziwić. Mieli teraz maszyny do uprawiania ziemi, zbierania zboża, a nawet takie, na których jeździło się szybciej niż na najszybszym rumaku.

Ion namówił też wszystkich, by pomogli mu wznieść miasto ukryte w wielkiej, żelaznej wieży. Nie upłynęło wiele czasu nim z wieży zaczął unosić się dym i wytwarzano w niej najróżniejsze, wspaniałe wynalazki. Ion zapewnił wszystkich, że już nigdy nie będą bezbronni w starci z groźnymi siłami natury.

Budując swoje miasto ze snów, szybko zużyli wszystkie dostępne materiały. Jednak w czasach wielkiego dobrobytu Ion mógł sobie pozwolić na to, by wysyłać ludzi we wszystkie krańce świata. Przywozili stamtąd zboża i surowce, by wypełnić nimi coraz szybciej rozrastającą się wieżę.

Pomimo panującego pokoju, dostatku i całych zastępów uwijających się uśmiechniętych robotników, Beth martwiła się coraz bardziej. Czuła, że Ion posunął się za daleko i że natura stała się więźniem jego stalowej wieży. Dostrzegła też, że ambicja Iona powoli zaczyna podbijać marzenia innych ludzi. Powoli zaczęły pojawiać się różnice pomiędzy tymi, którzy mieszkali wygodnie w wieży i tymi, których pozostawiono na zewnątrz. Nieboludkom, które nie miały już nic, pozostało już tylko jedno wyjście: dobrowolnie zgodzić się na rolę niewolników.

Słońce grzało coraz mocniej. Nieboludki słabły i cierpiały głód. Nie mogły już latać, lecz Ion był nieustępliwy. Patrzyły tylko jak udręczona ziemia, niegdyś kwitnąca pod czułą ręka Theo, powoli zamieniała się w jałową skorupę.

Jak zawsze wierna Sofia nadal spotykała się ze swoimi ukochanym Niebochłopcem w przerzedzonym lesie. Jednak radość ich wspólnych chwil mąciły myśli o Ionie. Niebochłopiec przeklinał go za wydanie zakazu wstępu do wieży. Uparte odmawianie pomocy skazywało nieboludki na powolną śmierć.

Sofia nie mogła już dłużej mieszkać w wieży. Chciała być ze swoim ukochanym i dzielić z nim nawet najgorszą przyszłość.

Ion tymczasem coraz bardziej się bał. Był przekonany, że to podstępne nieboludki rozpętały burzę, w której zginął jego ojciec. Nakazał swoim pracownikom-wynalazcom, by skoncentrowali się na tworzeniu najróżniejszej broni. Wiedział, że gdy tylko jego pobratymcy poczują wiszące nad nimi zagrożenie, zjednoczą się pod jego przywództwem.

U bram wieży zjawiła się duża grupa zmęczonych, głodnych nieboludków o bladych twarzach i zwisających bezwładnie skrzydełkach. Na jej czele stał Niebochłopiec. Ion pojął nagle, że to on jest jego prawdziwym wrogiem, że to jego wszyscy powinni nienawidzić. Na pewno uda mu się odzyskać zaufanie swoich ludzi, jeśli uwięzi przywódcę buntowników, Niebochłopca.

Ion zaskoczył grupkę umęczonych nieboludków swoją gotowością do negocjacji. Chciał jednak rozmawiać tylko z Niebochłopcem. Kiedy tylko wszedł do wieży, Ion rozkazał straży zamknąć bramy i wtrącić Niebochłopca do lochu. Oskarżył go o zabicie Theo, zniszczenie zbiorów i nawoływanie do buntu.

Następnego ranka w mieście rozmawiano tylko o wyroku wydanym na przywódcę buntu. Wszyscy przybyli tłumnie, by zobaczyć jak będą wyrywać mu skrzydła. Ion, nie zważając na błagania matki, pozostał nieustępliwy. Okazał się równie uparty jak jego ojciec. Nic nie mogło już powstrzymać egzekucji.

Tymczasem Sofia przygotowywała nieboludków do ataku na wieżę, by uwolnić ukochanego. Udało się jej przesłać wiadomość matce, która otworzyła tylne drzwi i poprowadziła ich do arsenału, gdzie trzymano broń i materiały wybuchowe.

Atak nastąpił z zaskoczenia i rozgorzała ostra walka. Sofia poprowadziła swój oddział do celi leżącej pod platformą, gdzie miała się odbyć egzekucja Niebochłopca. Pokonali straże i uwolnili go.

Tymczasem Ion wspiął się na względnie bezpieczny szczyt wieży. Spoglądając w dół po raz pierwszy pojął grozę tego, co stworzył. Zrozumiał, że zniszczył świat swojego ojca. Nie mogąc zyć z taką świadomością, skoczył w dół. Beth uklękła przy zmasakrowanym ciele syna, a z jej oczu popłynęły łzy.

Nieboludki postanowiły zniszczyć wieżę przy użyciu materiałów wybuchowych, które znalazły w zbrojowni. Kiedy stalowa konstrukcja opadała na ziemie, wielu zginęło pod jej szczątkami.



Akt III

Gniazdo, które uleciało w niebo

W ciszy, która potem nastąpiła Sofia odkryła, że pod gruzami wieży zginęła także jej matka. Była załamana nie tylko śmiercią swych najbliższych, lecz także zniknięciem Niebochłopca. Nie mogła go nigdzie znaleźć. Z ciężkim sercem udała się na miejsce, gdzie jej lud grzebał swoich bliskich.

Wykopano już groby dla Iona i Beth. Kiedy Sofia wsypywała do nich garść ziemi, przed oczami przebiegły jej obrazy z dzieciństwa, kiedy razem z Ionem i rodzicami dzielili szczęśliwe dni. Pomyślała o ojcu. Jakże pragnęła, by mógł przy niej być i ją pocieszyć.

We wszystkich ciężkich chwilach życia sięgała ręka do kieszeni, gdzie trzymała żołądź ocalony z domu ojca. Teraz przyszło jej do głowy, że mogłaby go posadzić na grobie matki. Wsunęła go w miękką ziemie i zapłakała jak jeszcze nigdy w życiu.

Nagle poczuła na ramieniu dotyk ciepłej dłoni. Za nią stał Niebochłopiec. Objął ja swymi skrzydłami i uniósł wysoko w chmury. W tej właśnie chwili poczęli swoje dziecko.

Następnego dnia pobrali się przy stawie w lesie, gdzie spotkali się po raz pierwszy. I tak miejsce to stało się symbolem nadziei dla wszystkich, którym dane było przeżyć.

Sofia pragnęła gorąco, by w tym wyjątkowym dniu wzięła udział również jej matka. Poszła na jej grób, by złożyć tam ślubny bukiet. Nagle dostrzegła, że wydarzyło się coś niezwykłego. Z grobu wyrastał malutki dąb.

Sofia poprosiła wszystkich zebranych, by mocno się skoncentrowali i pomyśleli tylko o życiu kryjącym się w żołędziu. Nagle na wszystkich spłynął niezwykły spokój. Usłyszeli setki nieznanych głosów. Zdawało im się, że po raz pierwszy słyszą i rozumieją głosy wszystkich roślin i zwierząt.

Tymczasem dąb zaczął rosnąć. Był coraz większy i większy. Rósł tak szybko, że już po chwili otoczył ich swoimi gałęziami i porwał do góry w niebo.

W tej chwili spadł wielki deszcz. Ziemia tak sucha i jałowa, nagle spłynęła wodą. Po raz kolejny nadszedł czas wielkich zmian.

Woda była wszędzie, wypełniała każdą szczelinę. Nieboludki spadały w dół, a ich nasiąknięte wilgocią skrzydła nie mogły ich już unieść w górę.

Niebochłopiec i Sofia zwołali wszystkich w pobliże drzewa i kazali jak szybciej się na nie wspinać. Sofia prowadziła, lecz wspinaczka przychodziła jej z wielkim trudem z powodu dziecka, które rosło w jej łonie.

Całkowicie wycieńczeni dotarli wreszcie na wierzchołek. Już tylko drzewo wystawało ponad powierzchnię wody.

Wspólnie oderwali parę gałęzi, by zbudować prowizoryczne posłanie i odpocząć. Nagle Niebochłopca obudziły gwałtowne wstrząsy. Sofia rzucała się na posłaniu ciężko oddychając. Otoczone fala dobrych życzeń ich dziecko spoczęło na miękkich liściach.

Niebochłopiec patrzył spod wpół przymkniętych powiek w oczy swojego synka. Szukał w nich najlepszego dla malca imienia. I nagle już wiedział: oczy i brewki - dwie literki O, a pomiędzy nimi V. W ten sposób OVO otrzymał swe imię.

Po chwili wszyscy spali głębokim snem. Rankiem OVO obudził Sofię domagając się jedzenia. Tymczasem Niebochłopiec postanowił sprawdzić, czy można już bezpiecznie rozpocząć długą podróż w dół. Wrócił zawiedziony, gdyż woda nic a nic nie opadła.

Następnego dnia wśród gałęzi drzewa rozpoczęli poszukiwanie pożywienia. Ku swemu wielkiemu zdumieniu znaleźli mnóstwo owoców i orzechów, które niezwykłe drzewo karmiło swymi sokami.

Woda nie opadała przez wiele miesięcy, mimo że deszcze wreszcie przestał padać. Teraz mogli już tylko czekać. Sofia, Niebochłopiec i OVO spędzali razem mnóstwo czasu, bawiąc się i spoglądając w niebo. Marzyli o dniu, w którym będą mogli opuścić drzewo. Aż nagle pewnego dnia wydarzyła się bardzo dziwna rzecz...

Sofia leżała wygodnie spoglądając w niebo, tak jak patrzyła w taflę jeziora w dzień, gdy spotkała Niebochłopca po raz pierwszy. Im dłużej w nie patrzyła, tym bardziej była przekonana, że niebieska otchłań nieba nie znajduje się już nad nią, lecz jest głębokim, rozciągającym się pod nią oceanem. W tej chwili inna z kobiet podniosła wzrok, by sprawdzić co tak przykuło uwagę Sofii i zaczęła spadać - nogami w dół - prosto w niebo.

Nagle usłyszeli za sobą szelest liści i śladem kobiety ruszył następny nieboludek. Też spadał nogami w dół. Sofia zrozumiała, że nadeszła największa z wielkich zmian. Cały świat zaczął się odwracać do góry nogami.

Zwołała wszystkich, by powiedzieć im, jakie niebezpieczeństwo kryje w sobie spoglądanie w niebo. Potem opowiedziała im o swoim śnie, w którym widziała swojego synka jako łącznika pomiędzy ziemią i niebem, który umykał w gnieździe lecącym daleko w niebo. Błagała wszystkich, ziemian i nieboludki, by razem zbudowali z gałęzi pojazd, który bezpiecznie powiezie OVO w głębię nieba-oceanu.

I tak w dzień, gdy niebo-ocean lśniło mieszaniną czerwieni i złota, piękne gniazdo uwite z miękkich gałęzi, wymoszczone liśćmi i piórkami wyniesiono na koronę drzewa. Wypełniono je po brzegi jedzeniem. Po chwili wszyscy przywiązali się do gałęzi. Trzymali się mocno, gdy Sofia delikatnie położyła OVO w samym środku gniazdka.

Nagle wszyscy spojrzeli tam, gdzie niegdyś było niebo i poczuli, jak z wielką siłą przyciąga ich bezkres błękitnego morza. Powoli zaczęli zsuwać się z gałęzi. Prąd ciągnął ich tak daleko, jak tylko pozwoliły liny.

Na dany przez Sofię znak puścili gniazdko.

Z początku nic się nie wydarzyło. Po chwili jednak gniazdko zaczęło powoli odpływać w stronę lśniącej nad głowami wody, w stronę przyszłości.

Sofia nigdy nie czuła tak wielkiego smutku, lecz patrząc na twarze zebranych wiedziała też, że nigdy nie dane jej było oglądać tak wielkiej nadziei.

Gniazdko stawało się coraz mniejsze i po chwili usłyszeli delikatny szum fal. Gniazdko otoczył łagodnie wielki błękit. Ostatnia rzeczą, jaka zobaczyli, była błękitna kula odpływająca w dal oświetlona milionem migotliwych światełek.


Do góry

POWRÓT