1.
"Na Falach Eteru"
Wbudowana we wnętrzności śmietnika
Nad rzeką stoi moja chata
Zbudowana z odpadków, które wykopałem
Tymi oto białymi dłońmi
Co wieczór wracam do tej chałupy
I gdy widzę, że nikogo woków
Nie ma
Nastawiam moją antenę i już jestem na falach eteru
Na falach eteru
Na falach eteru
Na falach eteru
Każdego dnia o świcie
Wychodzę wraz z karłami oraz włóczęgami
Milcząco się porozumiewamy w świetle gazowych lamp
Każdy kogo spotykam na ulicy
Zachowuje się jakby mnie nie było
Ale wszyscy się jeszcze dowiedzą kim jestem,
Bo ja umiem
Wejść na fale eteru
Na fale eteru
Na fale eteru
Na fale eteru
Zostawiając auto w liściastej alejce
W Tarzana się zmieniam dla mojej Jane z dżungli
W każdego się zmieniam
Począwszy od kpt. Zero i tego typu superbohatera
Wiernego wezwaniu
Och, niełatwe to
Wcale niełatwe
Znaleźć prawdziwych przyjaciół
Nie potrzebuję waszej przyjaźni, mleczarze o świcie
Na pół żywi wśród pustki i tego hałasu
Ja jestem silny, jestem głośny
I jasno syganł mój brzmi
Dowiedzcie się wszyscy, że to Mozo do was mówi
Na falach eteru
Na falach eteru
Na falach eteru
"Zróbcie To Sami"
Zróbcie to sami, zróbcie to sami
Nie mówcie mi, co mam zrobić, bo nie zrobię tego
Nie mówcie mi, by w was wierzyć, bo nie będę
Uważajcie, lepiej być nieprzystępnym i twardym
- Nie ryzykujcie uczucia
Jak ciało i kości w strefie niczyjej
Wciąż oczekujecie na zmartwychwstanie
Przychodzicie do mnie z tym waszym
"Przepraszam, co pan mówił?"
A ja wam w oczy powiem
Zróbcie to sami, zróbcie to sami
Zróbcie to sami, zróbcie to sami
Zróbcie to sami
Każdy chce być tym czym nie jest, czym nie jest
Nikt nie jest zadowolony z tego co ma, co ma
Działacie jak lalki z wbudowaną w brzuchu pozytywką
Czy sami mie macie nic do powiedzenia?
Zawieszeni w napięciu jak film kryminalny
Wiecie, że nieruchomo utkwiliście na półce
Przyjdźcie do mnie z tym waszym "co to pan
Powiedział?"
A ja powiem wam w oczy
Zróbcie to sami, zróbcie to sami
Zróbcie to sam
Gdy rzeczy stają się wielkie, przestają im ufać
Chcecie je kontrolować -
Musicie się starać aby były małe
Zróbcie to sami, zróbcie to sami
Zróbcie to sam
"Matka Agresji"
Boso stąpa po ulicy
Pełna rytmu którego nikt nie słyszy
Szukając piętami, trzaskając palcami
Każdy wie dokąd ona idzie
Strach, starch jest matką agresji
To on sprawia że jestem tak spięty
Strach rodzi agresję
Wiesz, że musisz się bronić
Trudno ci oddychać
Trudno ci uwierzyć
W cokolwiek
W ustach zaschło, oczy krwią nabiegły
Wiadomości w kropkach na ekranie
Kopią chmury mokasynami
Telewizyjna kolacja i wszystko
Bo strach, strach jest matką agresji
Nie czyń ludzi tak napiętymi na jego widok
Strach - matka agresji
Widzę jak się rozwija
I tylko po subtelnym zapachu
W powietrzu poznaję, że tu jest
Ciężko mi oddychać
Ciężko uwierzyć w cokolwiek prócz strachu
A Wonderful Day In One-Way World
"Wspaniały Dzien W Jednokierunkowym Świecie"
Sobota to dzień zakupów
Jadę autem ale zaparkować nie ma gdzie
Nie ma szacunku dla supermana w supersamie
Pewnie jest jakiś kłopot, lecz nic o tym nie wiem
Rozglądam się po sklepie, jest pusto i
Dziwnie się czuję z pustym koszykiem
Pełno pytań, a zapytać nie ma kogo
Na jednokierunkowej drodze do wyjścia
Jakiś głos krzyczy
"Nie wypuszczać tego gościa"
"Życzymy miłego dnia w naszym jednokierunkowm
Świecie
Jeden kierunek, jeden dzień
Miłego dnia w naszym jednokierunkowym świecie
Jeden kierunek, jeden dzień
Jednokierunkowy człowiek
Jednokierunkowy mózg
Świetnie zgadzają się z ludzkością
O, tam leży na podłodze jakiś stary,
A więc z całym wdziękiem
Pytam go "Hej, zgredzie, czy był jakiś alarm?"
A on mi odpowiada: "tak, sprzedawali wieczną młodość
I przestraszyli się bo jestem żyjącym dowodem
Nazywam się Einstein i czy wiesz
Że czas to jest krzywa?
Powiedziałem: "Przestań, staruszku, jesteś Bezczelny,
Jest tylko jedno dla mnie prawo
Czas to pieniądz i ja pieniądzom służę"
Na drodze jednokierunkowej ku wyjściu
Dziwny głos krzyczy
"Nie wypuszczać tego gościa!"
"Życzymy miłego dnia w naszym jednokierunkowym
Świecie
Jeden kierunek, jeden dzień
Miłego dnia w naszym jednokierunkowym świecie
Jeden kierunek, jeden dzień
Jednokierunkowy człowiek
Jednokierunkowy mózg
Świetnie zgadzają się z ludzkością
"Biały Cień"
Dziesięć wagonów w kurzu się toczy
Chromowane okna rdzewieją
A oni wiedzą, że muszą w tym trwać
Trzymając się zielono wypisanych słów
"Ufamy Bogu"
Nikt nie wie, czy umarł duch
Ubrany, gotów do odejścia jak Kentucky Fried
Próbujący czytać z lotu ptaków
Brak napędu i słów już brakuje
A ona wychodzi jak biały cień
Wychodzi jak biały cień
Każdego ciągnie do pustej przestrzeni
Tych z zewnątrz i tych z granicy
Trudno odróżnić białe od czarnego
Gdy budzisz się w środku nocy
Ciężki świt, bo taki milczący
Przerwany teraz krzykiem
Szukamy ruchu we mgle
Światło może być tak mylące
A ona wychodzi jak biały cień
A ona wychodzi jak biały cień
Wychodzi jak biały cień
"Indygo"
Za późno
Ten model jest przestarzały
Mam wszystkie części potrzebne
Lecz serca za mało zostało
Nie tak jak na początku
Tak dobrze mi szło
Próbowałem zawsze
Kryć kłopoty
W swej głębi
Teraz jestem szeroko otwarty
Gdy to się skończy
Przyjaciół spotkam znów
Podrzucą mnie gdzieś
A ja będę dryfował, to łatwe
I zmieniał biegi
Nie ma się czego bać
W dół polecę spokojnie
Dzieciaki na dole tak hałasują
Jestem zupełnie sam
I płacę rachunek za grzechy
Za tym indygo, indygo
Gdzie chłodny, chłodny zawieje wiatr
Czas mi się kończy
Trzeba przekroczyć ciemną ciemną rzekę
Zobaczyć tego co mnie życiem obdarzył
Lepiej zakryć moją żółtą wątrobę
Dobrze
Porzucam walkę
Nie wiedziałem kiedy a już
Stałem się znowu obcym
We własnych rękach
Dni są O.K.
Ale jakże nienawidzę tych długich nocy
Rozumiesz
Proszę, kochanie, weź mnie za rękę
Taka jesteś ciepła
W oku tajfunu
Odchodzę, odchodzę, odchodzę
Do zobaczenia któregoś dnia
Kochanie, odchodzę
Wygląda, że odchodzę,
Tym razem naprawdę odchodzę
"Zwierzęca Magia"
Co zamierzałaś, gdy otwarłaś usta
I pozwoliłaś sobie odkryć nasze tajemnice
Powiedziałaś mu co miałaś zamiar zrobić
I już nie mam ukrycia
Mówiłem ci kochanie, oglądałem wojenny film
I przyszło mi coś do głowy
Bo zaraz po filmie pokazali ogłoszenie o rekrutacji
Więc zaciągnę się
Chcę być mężczyzną
Z całą tą zwierzęcą magią
Zrobię wszystko
Zaciągam się
Bo chcę być mężczyzną
Patrz! Skinę pałeczką i już znika królik
Zaciągnę się na zawodowca i nauczę się walczyć
Założę się, że oboje ze mnie się śmiejecie
Że jestem taki nieśmiały jak jagnię
Może wciąż jeszcze tak wyglądam
Ale już taki nie jestem
Przeszedłem całą Północną Irlandię
Przybyłem do domu już całkiem inny
Nauczyłem się polować w nocy
Nauczyłem się kamuflażu
Zaciągnąłem się
Jestem zawodowcem i jestem mężczyzną
Z całą tą zwierzęcą magią
Teraz potrafię wszystko
Zaciągam się
Teraz zrozumiem
Teraz mi nie umkniesz
Nie prześliźniesz się przez palce
Zaciągam się
Chcąc być mężczyzną
Patrz! Skinę pałeczką i już znika królik
Zaciągnę się i nauczę walczyć
Zwierzęca magia
"Ekspozycja"
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Przestrzeń, oto czego potrzebuję, czym się żywię
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Ekspozycja
Na otwartej przestrzeni
Ekspozycja
"Wyrzutki Społeczeństwa"
Bezczynność w tym mule
Najwyżej pompowanie krwi
Woda się obniża
Pewnie ukaże się coś okropnego
Gdybym tylko mógł cię dotknąć
Pewnie byś się przeraziła
Gdybym tylko mógł cię dotknąć
Nie skrzywdziłbym cię na pewno
Gdybym tylko mógł cię dotknąć
Jak wiatr dotyka żagle
Gdybym mógł cię dotknąć
Kiedy zawiodły słowa
Och, wraki na mieliźnie
Och, ciężar wyrzucony za burtę
O, moja miłości
Nic tu nie jest tym czym być się zdaje
Wiemy o tym
Chryste! Ty to okazujesz
Och, och, moja miłości
"Perspektywa"
Potrzebuję perspektywy bo przede mną ściana
Potrzebuję perspektywy bo nie jestem upadły
Potrzebuję perspektywy bo słyszę trąbki zew
Nie wierzę własnym oczom chcę wiedzieć
Gdzie wszystko spada
Potrzebuję perspektywy przyjęcie dla nowożeńców
Potrzebuję perspektywy obrazy krwawiły kolorem
Potrzebuję perspektywy jak konfetti
Na klombach kwiatowych
Nie wierzę własnym oczom ksiądz krzyczy,
Że w głowie ma ogień
Och, Gaia, jeżeli to jest twoje imię
Traktuję cię źle, ale nie chcę się usprawiedliwiać
Och, Gaia, wiatr podsyca ogień i popiół rozwiewa
Potrzebuję perspektywy gdy siedzę w długim,
Długim korytarzu
Potrzebuję perspektywy gdy patrzę na białą ścianę
Potrzebuję perspektywy
Gdy czekam aż zadzwoni telefon
Nie wierzę własnym oczom jest coś,
Co powiedzieć wam muszę
Potrzebuję perspektywy aby patrzeć
Przez czerwone nieba
Potrzebuję perspektywy aby towar nieść
Potrzebuję perspektywy bo nie wierzę własnym oczom
Nie wierzę własnym oczom i nie lubię niespodzianek
Och, Gaia, jeżeli to jest twoje imię
Traktuję cię źle, ale nie chcę się usprawiedliwiać
Och, Gaia, wiatr podsyca ogień i popiół rozwiewa
Byłem kiedyś olbrzymem przemysłu
Siedziałem w ogrodzie pełnym sztucznych roślin
Próbowałem koniecznie z myśli wypędzić ciebie
Jak każdy mężczyzna się zachowywałem
Myśląc, że to już wszystko co mogę
Taki sam, taki sam jak wszyscy - ślepy
Potrzebuję perspektywy
"Rodzinny Dom"
Spotkałem tę dziewczynę, wołali ją Józka
I na auto ją poderwałem
Mieliśmy razem niezły ubaw, a teraz mamy jedno małe
Musiałem się ożenić, z miasta wyjechać musiałem
Znaleźliśmy sobie miejsce,
Całą forsę wydaliśmy na to
I to się nazywało Rodzinny Dom. Rodzinny Dom
Aż na jedenastym piętrze.
Cieszyłem się, że mam w ogóle dom
I nawet zmieniłem zamek w naszych drzwiach
I nic właściwie dobrze nie szło
Ani nam ani nawet naszym rzeczom
Przyjaciele nigdy do nas nie zajrzeli wieczorami
I nawet dla Sama nie było miejsca do zabawy
"Musimy odejść stąd, Bill", mówiła
"Od dawna ci to powtarzam"
A gdy z pracy do domu wróciłem wieczorem
Ona już z dzieckiem naszym z okna wyskoczyła
Z naszego Rodzinnego Domu, Rodzinnego Domu
Miejsca odpoczynku
Naszego gniazdka
Nazywaliśmy je naszym domem
Ubezpieczenie pieniądze mi dało
Brudne pieniądze, co z nimi zrobić,
Nie wiedziałem
Zabrałem tę forsę, poszedłem do kasyna
I podwójnie w ruletkę zagrałem
I wygrałem, ja co nigdy wcześniej nie wygrywałem
I kupiłem na wsi dom z rzeźbionymi,
Dębowymi drzwiami
To był Rodzinny Dom, Rodzinny Dom
Miejsce, w którym głowę można złożyć i myśleć
O wszystkim co powiedzieliśmy
O naszym Rodzinnym Domu.